Andrzej Damięcki

Urodziłem się w 1938r.
Ukończyłem studia malarskie na ASP.
w Warszawie w 1962 r.
Po studiach współpracowałem z wydawnictwami
projektowałem okładki do książek,
zajmowałem sie ilustracją tekstów.
W latach 70-tych ilustrowałem książki dla dzieci.
Brałem udział w wystawach ilustracji dziecięcej.

Przez wiele lat równolegle
zajmowałem się litografią kolorową
i malarstwem sztalugowym.
Pracowałem jako grafik w kilku tygodnikach,
dla których opracowywałem layouty.
Od 8 lat zajmuję się wyłącznie malarstwem sztalugowym,
biorę udział w wystawach malarstwa.

Andrzej Damięcki

Zwierzenie kolekcjonera

Kilkadziesiąt lat temu zetknąłem się z dziwnym stworem. Ludzik z wielką głową, którą z widocznym trudem podpierały wątłe ręce, myślał tak bardzo, że aż zrósł się z biurkiem. A mimo to na wysokości jego czoła zobaczyć można ledwie cień myśli. Zapis podobny do prutej ze starego swetra wełny. Hieroglif nie do odczytania. Rozpaczy, widocznej na twarzy cierpiętnika, akompaniują splecione frasobliwie palce nóg.

- Bliźniak! – pomyślałem i uznałem ludzika z litografii za brata. Odkąd widzę, że nie tylko mnie trudno formułować prawdziwie własne myśli, jest mi raźniej.

x x x

Przez okno pracowni patrzą na Artystę wiekowe dęby. Majestat. Ich wierne towarzystwo domagało się podziękowania – tak powstał fotogram „Pejzaż miedzeszyński” Fotogram, nie obraz. Wspaniałość – myślał bowiem Artysta – można co najwyżej rejestrować. Czekał więc z kamerą na mgłę, która rozpuści materialność domu i obejścia, a niebu odbierze władzę nad perspektywą. I przekaże ją właśnie drzewom. Ich konary tworzą w centrum fotografii mocno sklepioną nawę, w której tylko z trudem nie dostrzeżemy Artysty. Jest tam na pewno, tyle że się zdematerializował. Stracił widzialność, stał się częścią pejzażu. Wrósł.

x x x

Po czterdziestu mniej więcej latach bliźniaczego braterstwa z „Myślicielem” zawitał do naszego domu obraz, który nazwaliśmy „Łąką”. Nie jest to wizerunek żadnej konkretnej łąki, nie jest to także łąka-uogólnienie – to raczej portret radości malowania. Kolory bawią się sobą, nie zamierzając służyć identyfikacji gatunkowej kwiatów i traw. Barwność formuje się więc w swawolne pasma. Najpierw, na dole, przeważa mocna czerwień (jakby polnych maków), potem, powoli, górę bierze żółcień (jakby kaczeńców). Żółtość zaś wnosząc się blednie i ustępuje pola rozmaitym odcieniom błękitu (raz chabrów, raz podróżników-cykorii, to znów niezapominajek). Wszystko odbywa się płynnie i beztrosko, najwyraźniej odchodzi tu zabawa w muzykę sfer.

Zabawa, jak wiadomo, zastrzeżona dla nieba, tyle że niebo jest za łąką, z tyłu, i nic nie wie o naszych harcach. Może by się gniewało na nas, ale nie wie. Zatem bawimy się.

x x x

Żadnego z opisanych obrazów nie zobaczycie Państwo w e-galerii Andrzeja Damięckiego, bo mieszkają z nami, w naszym domu. Chętnie widzielibyśmy u siebie większość eksponowanych w e-galerii prac („Pawia” – natychmiast). Niestety, los przydzielił nas do grupy zwanej niezamożną inteligencją.

Krzysztof Biskupski

Otrębusy, grudzień 2013 r.

Maija i Krzysztof Biskupscy na wystawie „Aktualności 2014” w Warszawie